Norwegia na majówkę – Stavanger 1/2

Długi weekend majowy według prognoz miał być deszczowy. Przynajmniej w Stavanger. Uzbrojeni w dobry humor i ubranie na każdą pogodę czekaliśmy na lot do Norwegii na lotnisku w pod szczecińskim Goleniowie. Wcześniej w busie poznaliśmy parę, która do krainy fiordów leciała na 10 dni – u nich nie obeszło się bez bagażu rejestrowanego i namiotu. My ostatecznie znaleźliśmy hosta w Stavanger i taszczyliśmy tylko śpiwory. Szczęśliwi po przejściu przez bramkę bez żadnych dopłat pożegnaliśmy słoneczny Szczecin licząc na to że pogodę uda się nam zabrać ze sobą na ogon naszej maszyny.

Chyba się udało, na zewnątrz lotniska ani kropli deszczu. W jeszcze lepszy humor wprawia nas ekspresowo złapany stop do miasta. Afgańczyk z którym podróżujemy mówi bardzo płynnie po angielsku, opowiada trochę o Stavanger i o problemach związanych ze spadającą ceną ropy. Dzieli się też historią o tym, że w jego kraju za pieniądze zarobione tutaj może żyć jak bogacz. Próbuję nawet wtrącić, że w Polsce pewnie czułby się podobnie, ale odpowiada, że jednak Afganistan ma dużo niższe ceny.

Wysiadamy pod samym Oil Museum, pod którym jesteśmy umówieni z Konradem – naszym hostem. Jednak mamy jeszcze trzy godziny do spotkania, dlatego po krótkiej chwili radości z dotarcia do Norwegii ruszamy zwiedzać miasto i jego urokliwe uliczki.

Kolorowa ulica z kilkoma pubami i restauracjami doprowadziła nas do baszty na wzgórzu. Spod niej widać było już port Stavanger i cumujący tam okręt. Zeszliśmy nad wodę i wpadliśmy w wir żołnierzy i marynarzy zmierzających do ogródków pobliskich restauracji na pewnie zasłużony odpoczynek. Po chwili naokoło nas radosne okrzyki i przyśpiewki rozbrzmiewały już pełną gębą.

My jednak uciekamy w uliczki starego Stavanger, znajdujemy tu typowe drewniane, białe domy tak bardzo kojarzące się nam z Norwegią. Wąskie uliczki prowadzą nas obok muzeum, które o tej porze jest już zamknięte. Po chwili wychodzimy znów na nabrzeże i podążamy za ludźmi, którzy gromadnie gdzieś idą. Docieramy do miejscowej sali koncertowej, w której właśnie rozgrywano ostatnią rundę turniej szachowego Altibox Norway Chess.

Wracając do miejsca, w którym jesteśmy umówieni z naszym gospodarzem przechodzimy koło katedry i znajdujemy McDonalda – wrócimy do niego pewnie jutro.

Konrad wprowadza nas do swojego mieszkania i oddaje nam je we władanie ze słowami Używajcie czego chcecie w kuchni, tu macie pokój i łóżko, a tu jest łazienka – ja śpię tam, ale nie przejmujcie się mną. Zostajemy sami w pokoju z wielkim dwuosobowym łóżkiem i staramy się ogarnąć, w czasie gdy właściciel wychodzi pozałatwiać swoje sprawy na mieście. Nie bardzo wiemy jak się zachowywać – to dopiero drugi raz na Couchsurfingu w naszym wykonaniu. Chyba jest to wyczuwalne, bo następnego dnia nasz host mówi, żebyśmy się wyluzowali, bo jesteśmy spięci.

W planach na sobotę mieliśmy zwiedzanie. Pogoda o rana nie może się zdecydować czy być dla nas łaskawą czy wykąpać nas w strugach deszczu. Gdy w końcu udaje nam się wygramolić z łóżka i samego mieszkania deszcz daje za wygraną i już do końca dnia towarzyszy nam pochmurne niebo, które czasami nawet się przejaśnia, ale krople wody moczą nas dopiero późnym wieczorem.

Odwiedzamy sklep, oczywiście przerażają nas ceny prawie wszystkiego, kupujemy najdroższe bułki w życiu a jako dodatek do nich bierzemy tuńczyka w puszce – jedynie konserwy rybne są tańsze niż w Polsce, ale i liczymy na to, że pochodzą stąd i będą nawet lepsze nisz nasze rodzime. Zajadamy się nimi w otoczeniu mew i szumu morza rozbijającego się przy przystani promowej. Po takich rarytasach ruszamy pewnie przed siebie szukając miejsc, które warto by dziś zobaczyć.

Po chwili trafiamy na próbę przed koncertem jakiegoś lokalnego zespołu, a idąc dalej, pod katedrą spotykamy dziecięcą orkiestrę, która wykonuje ostatnią piosenkę i kończy występ… Odwiedzamy katedrę i kierujemy się nad jezioro Mosvatnet. Po drodze podziwiamy drewniane domki – dla mnie to zadziwiające, że prawie każdy budynek w Stavanger jest zrobiony z tego materiału, przecież w dzisiejszych czasach dużo prościej byłoby położyć tynk i nie przejmować się malowaniem drewnianych powierzchni. Jednak to właśnie te domy sprawiają, że czujemy atmosferę Norwegii.

Nad jeziorem spacerujemy wzdłuż jego linii brzegowej, ja żałuję, że nie ma tu kajaków, którymi moglibyśmy przeskoczyć na drugi brzeg w kilka chwil. Na pobliskim placu zabaw znajdujemy medal z lokalnego biegu, ktoś zostawił go dla potomnych. Wracając w stronę centrum miasta przechodzimy przez kolejne dzielnice z różnokolorowymi domami by w końcu dotrzeć na pocztę.

Po chwili siedzimy już przy portowym nabrzeżu zastanawiając się czy udałoby nam się złapać jacht na stopa. Tym razem brakuje nam odwagi i zamiast prosić o przejażdżkę motorówką idziemy zwiedzać muzeum morskie. Podziwiamy modele okrętów i jachtów, makietę portów w Stavanger i mini platformę wiertniczą. Wszystko w ekspresowym tempie, bo tylko dziś mamy jeszcze możliwość wejścia na tym samym bilecie do innego muzeum. Canning Museum – które z niewiadomych przyczyn kojarzyło mi się z czymś zupełnie innym niż konserwy, okazuje się miejscem gdzie możemy poznać i zobaczyć krok po kroku proces zamykania złowionych rybek w puszki. Ryby są całe szczęście gumowe, ale Jola patrzy nieco dziwnie na mnie, gdy szukam uparcie maszyny do obcinania głów, a gdy ją znajduję tryumfalnie się uśmiecham.

Wieczorem próbujemy jeszcze zjeść rybę, ale nie możemy się na nic zdecydować – nie ukrywam, że ceny były powalające… Kiedyś tu wrócimy, no może nie tu, ale gdzieś w Norwegii na pewno uda nam się zjeść świeżo przyrządzoną rybę! Spotykamy za to dziewczyny obchodzące Russ – niekończącą się 3 tygodniową imprezę tegorocznych maturzystów. Wyróżniają je czerwone lub niebieskie spodnie (są też podobno inne kolory, ale innych nie doświadczyliśmy). Dziewczyny śmieją się dużo, jeszcze więcej piją i pewnie sporo imprezują – tradycja mówi o tym, że przez te trzy tygodnie trzeba się wybawić przed egzaminami maturalnymi, a z Internetu wiem, że w zasadzie wszystko młodym Norwegom ubranym w swoje Russ spodnie uchodzi na sucho – nawet pojawianie się na lekcjach w stanie wskazującym – ach to wyluzowane społeczeństwo. Russowanie kończy się 17 maja w narodowe święto Norwegów.

Odpowiedź do artykułu “Norwegia na majówkę – Stavanger 1/2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *