Norwegia na majówkę – Preikestolen 2/2

Następnego dnia zbieramy się szybko do wyjścia, podkradając jeszcze pyszną herbatę naszemu gospodarzowi i żegnając się z nim szybko. Wbiegamy na prom w stronę Tau i podziwiamy zbliżające się wzgórza i zatokę przez którą przepływamy. Słońce od rana spełnia nasze marzenia o dobrej pogodzie.

Zeskakujemy z pokładu jako ostatni, ale zamiast czekać na busa chcemy złapać kogoś na stopa. Śmiejemy się nawet, że tym razem może uda nam się złapać rodzonego Norwega. I rzeczywiście, po chwili podróżujemy ze starszym małżeństwem, które nie może zrozumieć dlaczego nie wybraliśmy autobusu. W końcu dochodzimy do porozumienia, że chodzi o oszczędności, ale i przygodę – na co nasz kierowca uprzedza nas, że jak on nas podliczy na koniec to może być nasza najdroższa podróż życia. Jednak, gdy żegnamy się po chwili przy wejściu na szlak na Preikestolen wymieniamy tylko uśmiechy i to starcza właścicielowi naszego wehikułu za całą zapłatę. Wcześniej rozmawiamy trochę o Norwegii, dowiadujemy się o rozpoczęciu budowy tunelu Tau – Stavanger i obserwujemy razem zmagania rowerzystów w maratonie w rodzinnym miasteczku naszych chwilowych gospodarzy – Jørpeland. Po nadrobieniu dla nas trasy małżeństwo wraca do domu a my rozkoszujemy się promieniami słońca i zapachem lasu.

Ruszamy do góry, mijamy czasem jakiś ludzi, czasem ktoś nas wyprzedza, pogoda nam sprzyja i jest wręcz gorąco po ostrzejszych podejściach. Oczy cieszą widoki naokoło a inne zmysły koi cisza i spokój natury. Ludzi idzie całkiem sporo, ale z opowiadań wiemy, że w sezonie wakacyjnym jest ich znacznie więcej. Po drodze staramy się oszczędzać wodę, bo mamy tylko jedną butelkę, której zawartość niebezpiecznie się kurczy.

Wychodzimy na równinę i w oddali majaczą już wody fiordu, ale do celu zostaje nam jeszcze dobry kilometr. Chwilę później jesteśmy przy jeziorkach w których chyba można się nawet wykąpać – może gdyby temperatura była jeszcze wyższa z przyjemnością skorzystalibyśmy z orzeźwiającej wody. Spotykamy też ostatnie połacie śniegu i skrzętnie wykorzystuję nadarzającą się okazję, żeby rzucić raz jeszcze śnieżką w tym sezonie.

Jest i on! Preikestolen czy też po angielsku Pulpit Rock. Dotarliśmy. Wieje tu strasznie – próbujemy ukryć się wśród skał i przegryzamy drugie śniadanie (w zasadzie to chyba… obiad? 😀 ), a po chwili jesteśmy już na sławnej skale, pod którą 600 metrów niżej rozbijają się wody oceaniczne wchodzące w głąb Norweskiej ziemi. Ja z moim lękami ledwo co podczołguję się do krawędzi i po chwili gdy niespodziewanie Jola jest tuż obok mnie czuję, że kręci mi się w głowie – uciekam więc na bezpieczną odległość.

Po sesji zdjęciowej idziemy wyżej, aby podziwiać fiordy i okoliczne wzgórza z jeszcze lepszej perspektywy. Udaje nam się uchwycić piękno otaczającej nas przyrody i pozwalamy sobie na chwilę wytchnienia na osłoniętej od wiatru skale.

W końcu schodząc Jola udaje się nad skraj przepaści – robię zdjęcia drżącymi rękoma a w duchu proszę Boga, żeby nikt jej nie strącił w dół. Sam też w końcu decyduję się spróbować podejść i usiąść na końcu słynnej skały. Nawet na jednym zdjęciu moja noga wygląda jakby zwisała w przepaść 😀

Wracamy tą samą trasą, po drodze i na samym Preikestolen słyszymy wiele Polskich rozmów – tanie loty na majówkę przyciągnęły nie tylko nas. W jednym ze strumyków uzupełniamy nasz zapas picia mając nadzieję, że płynąca a nie stojąca woda nam nie zaszkodzi. Powoli żegnamy górską Norwegię, schodzimy coraz niżej aż w końcu lądujemy na parkingu.

Plan na dziś to dostać się w okolice lotniska, dlatego nawet gdybyśmy chcieli spełnić nakaz naszego porannego kierowcy, który zawyrokował, że w powrotną drogę musimy wziąć busa, to jest nam to nie po drodze… Ale nic straconego – autostop dotąd działał wyśmienicie, więc także i teraz wierzymy w swoje szczęście. Pierwszy samochód zatrzymuje się i już cieszymy się na wspólną podróż do głównej drogi, kiedy okazuje się, że całe tylnie siedzenie zajmuje wielki pies 😀 Podróżujący chcieli nas wziąć, ale po chwili przerzucania rzeczy jednak przeprosili i ruszyli dalej. Nic straconego! Kolejny samochód także się zatrzymał. Szybko tłumaczę, że chcemy jechać na południe a nie na północ, tak, aby jeszcze dziś dotrzeć do miasteczka Sola i lotniska. Okazuje się, że kierowca jedzie dokładnie w tym samym kierunku! No to wsiadamy!
Pędzimy po norweskich drogach mijając piękne widoki i robiąc zdjęcia przez uchylone okno. Pasażer – młody chłopak – robi za naszego prywatnego DJa puszczającego fajne kawałki. Znów rozmawiamy trochę o Norwegii, o naturze i atmosferze tutaj panującej. Gdy podjeżdżamy do bramek promu nasz kierowca płaci też za nas – przy okazji chwalimy się tym, że mimo, że ceny rzeczywiście – zgodnie z jego słowami są wysokie – to odnaleźliśmy nasze tuńczyki!

Prom tym razem jest nieco mniejszy i nie ma specjalnej kabiny widokowej dla pasażerów, ale nawet mocny wiatr nie przeszkadza nam w korzystaniu z atrakcji jaką jest przejażdżka na statku. Zwiedzamy zza okien samochodu kolejne fragmenty Norwegii. Gdzieniegdzie w małych miejscowościach przy keji stoją jachty, mijamy też wielkie połacie zagospodarowane jako pastwiska dla owiec. W końcu docieramy do Sandnes (zadziwiająco podobne do sadness, czyż nie – ale smutku nie czujemy wcale, no może trochę z powodu nieuchronnego pożegnania z Norwegią 😀 ), gdzie zostajemy jeszcze podrzuceni na dworzec autobusowy. Jest w miarę późno i decydujemy się na ten środek transportu w stronę lotniska. To jednak kosztowna operacja – cieszymy się tym bardziej z prezentu jaki nasz poprzedni kierowca zrobił nam płacąc za prom.

Płacimy za bilety i chwilę rozmawiamy z prowadzącym busa. Okazuje się Polakiem, który od siedmiu lat jest już w Norwegii. Przyznaje się nam, że jeszcze nie był na Preikestolen, a my zapewniamy go, że warto spróbować, szczególnie teraz kiedy nie ma jeszcze pielgrzymek tysięcy osób dziennie.

Na noc lądujemy na lotnisku i choć najlepsze miejsca w kącie są zajęte to niezaczepiani przez nikogo rozkładamy się na sofach przy stolikach zamkniętej już o tej porze restauracji. Uczymy się, czytamy i śpimy, najpierw na przemian, ale w końcu zmęczenie bierze górę i oboje odpływamy w objęcia Morfeusza.
Poranek budzi nas deszczem… Niestety, pogoda się załamała – a mieliśmy dziś pójść na plażę. No nic, ogarniamy się i próbujemy jednak ruszyć się w stronę plaży, jednak po chwili marszu w deszczu rezygnujemy i wracamy na lotnisko. Stawiam dość bierny opór rozgrywając partię szachów na lotniskowej planszy jak by to były warcaby, a później nie pozostaje nam nic innego jak oczekiwać na lot. Jedni się uczą, inni korzystają z czasu który pozostał i jeszcze łapią chwilę snu.

Polska wita nas słońcem. Odnajdujemy zostawiony 4 dni wcześniej za duży szampon tam gdzie go ukryłem pod drzewem i radośnie ruszamy to autobusu. Chwilę rozmawiamy jeszcze z chłopakiem, którego poznaliśmy na lotnisku przy odprawie w piątek – on też właśnie wrócił, tyle, że na góry wybrał wraz ze znajomymi sobotę – przeżyli zamieć śnieżną, ale i rozpogodzenie później.
Norwegia, czy w zasadzie jej mały wycinek, zrobiła na mnie wrażenie całkiem innego świata. Ceny w sklepach są porażające, ale za to luz i uśmiech mijanych na ulicach ludzi i krajobrazy, tak miejskie jak i te górskie zrewanżowały nam wszystko, co wydaliśmy na chleb i bułki z nawiązką! Do tego jeszcze z Konradem zrobiliśmy deal na papierosach i ostatecznie do kraju wróciliśmy z koronami w portfelach. Obawiam się, że ten kraj na stałe wpisze się w moje plany podróżnicze – w końcu nie od dziś myślę o wyprawie na Nordkapp, może jachtem, a może jednak rowerem? 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *