Szalona noc, szalony luty i jak to się skończyło 2/2 – Sofia

Sofia wita nas skąpana w strugach deszczu. Jak dobrze, że mamy prywatną taksówkę i mieszkanie! 😀 Rodzice i Miśka czekają na nas zaraz za drzwiami. Psina napada mnie przebiegając pod nogami połowy naszego samolotu.
W sobotę robię za prywatnego przewodnika – w Sofii jestem w zasadzie, co roku i zawsze coś komuś pokazuję, więc przebiegamy po centrum. Zaczynamy od Cerkwi Newskiego. Mi zawsze najbardziej podobają się zielone kamienne ściany i zapach kadzidła. Odwiedzamy też muzeum ikon znajdujące się w podziemiach świątyni. Zebrane tutaj dzieła powalają kolorystyką, a coś, co mnie zadziwia to brązowe skrzydła, jako atrybut św. Jana Chrzciciela.


Docieramy do cerkwi obrządku rosyjskiego – cerkwi św. Mikołaja. Pierwszy raz mam okazję zobaczyć jej wewnętrze. Środek jest zaciemniony jak na prawosławną świątynię przystało – a przynajmniej tak mi się one kojarzą. Sama budowla nie jest duża, więc i główna sala nie wygląda na przepastną, ale w holu można kupić obowiązkowe mini ikony i długie żółtawe świece.
W drodze do pałacu prezydenckiego przechodzimy obok budynku opery i muzeum architektonicznego, historii naturalnej i galerii sztuki. W drzwiach pałacu wartę pełnią strażnicy, niczym w Londynie – przebrani w ciekawe uniformy i nakrycia głowy ozdobione piórem.

Przechodzimy na dziedziniec, aby obejrzeć wykopaliska i ruiny dawnego miast, na którego fundamentach powstała dzisiejsza Sofia – Serdiki. Jola mówi coś o tym, że ruiny i opuszczone miejsca to najlepsze, co może być. W Bułgarii nie ma, co narzekać na takie rozrywki, wiele miast ma starożytne lub późniejsze obwarowania, albo twierdze na wzgórzach położonych ponad nimi.


Kilka kroków dalej znajduje się malutka, jakby zakopana pod ziemię cerkiewka pod wezwaniem Świętej Petki, a wokół niej konserwatorzy zabytków odkrywają kolejne części zabudowań trackiego miasta, na którym Sofia wyrosła.


Nieopodal znajdujemy muzeum Sofii i meczet. Po krótkim wiosennym lutowym deszczu zaczynamy wracać do domu.

Korzystamy z metra, które podobnie jak w naszej stolicy ma tylko dwie linie. Wysiadamy przy Orlow Most i po chwili docieramy na Żeński Bazar, który chociaż znajduje się w dzielnicy romskiej, a teraz przy okazji uchodźczej jest najlepszym miejscem na zrobienie wszelakich zakupów w okolicy. Niedawno wyremontowana część to sklepiki z ubraniami, mięsem, serami czy miodem, a na samym końcu w starszej scenerii rozkładają swoje stoiska sprzedawcy warzyw i owoców. Już o tej porze roku stoiska uginają się od przeróżnych produktów a latem jest ich jeszcze więcej.
Wieczorem lądujemy wraz z rodzicami w typowej Bulgarskiej knajpce. Przy okazji rodzice wiedzieli, że w tej można liczyć na pokazy tradycyjnych bałkańskich tańców. Po chwili na stole lądują tradycyjne sałatki – shopska i owczarska a także nieco przypalona perlinka – podpłomyk oblany masłem czosnkowym, a na parkiet wybiegają tancerze w ludowych strojach. Za chwilę też zostajemy zaproszeni na środek do wspólnej nauki horo. Jola łapie w lot nie tylko najprostszy układ ale też kolejne z których ja już mogę co najwyżej udawać że wiem co się dzieje. Jemy nieśpiesznie, trochę tańczymy i przy bułgarskich piosenkach rozmawiamy o zwyczajach i miejscach, które moi rodzice zdążyli zobaczyć.
Rano biegniemy do kościoła na bułgarską Msze a zaraz po niej odwiedzamy pobliski kościół ortodoksyjnej cerkwi bułgarskiej i synagogę – obie świątynie są warte wejścia choćby na kilka chwil i zadumania się nad ich architekturą i wystrojem.
Po przejażdżce krętą drogą na Vitoshę docieramy do stacji narciarskiej. Dziś bez desek na nogach ruszamy w góry.


Śnieg leży dalej nie zaniepokojony 15 stopniami Celsjusza które zostawiliśmy wyjeżdżając z Sofii. Piękne górskie widoki i słońce pchają nas pod górę. To pewnie ostatnia okazja porzucania się śnieżkami w Bułgarii – nawet Miśka radośnie skacze w białym puchu.


Nie chcemy atakować aż Czarnego Wierchu, więc spadamy w dół przy stacji meteorologicznej do schroniska i spacerowym tempem docieramy do działającej jeszcze trasy narciarskiej.

Sofię żegnamy o wschodzie słońca a po chwili jesteśmy już na lotnisku pod Dortmundem. Decydujemy się na zwiedzanie pobliskiego miasteczka – Holzwickede. Spotykamy tam wielki plac zabaw ze sporą zjeżdżalnią i innymi atrakcjami z których dzielnie staram się zrobić użytek.

Na mapie odnajdujemy nawet zamek na wodzie, ale rozgadani gubimy orientację (tak to jest jak się nie zrobi mapie zdjęcia) i nie docieramy do tej atrakcji, która znajduje się w pobliskiej wiosce. Za to podziwiamy ratusz i pobliskie świątynie, a kiedy wracamy już w stronę lotniska – żeby zapełnić jakoś czas – wstępujemy do McDonalda na herbatę i przy gorącej filiżance spędzamy kilka dobrych godzin pogrążeni w rozmowach.


Wieczornym lotem wracamy na ojczystą ziemię a Wrocław wita nas zamiecią śnieżną przypominając nam że to jeszcze nie koniec zimy i nawet jeśli uciekniemy przed nią na chwilę to ona w końcu nas złapie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *